Dziś poranek zaczął się leniwie, Wanda długo spała na progu z głową w piórach, zajrzała na chwilę do dzieci, dwa razy odlatywała na krótką przebieżkę (o 5:30 i przed ósmą) i odzywała się wracając. Odleciała o 8:22.
O 8:30 Czajnik przyniósł jerzyka i zajął się karmieniem. Za pięć minut zjawiła się Wanda z dużym śniadaniem. Nie powtórzyli wczorajszego duetu - Czajnik poleciał, a mama kontynuowała jego działania. Młody samczyk złapał głowę jerzyka i całkiem dobrze sobie radził z samodzielnym jedzeniem. Pozostała trójka aktywnie korzystała z pomocy mamy. Po jakimś czasie Wanda zaczęła karmić dzieci zostawionym przez tatę jerzykiem. Przed dziewiątą zostawiła trójkę maluchów i zajęła się samczykiem - piórowała resztkę posiłku i dawała mu kolejne kęsy.
O 9:02 tata dostarczył repetę - i był to znowu jerzyk. Dzieci siedząc pod oknem miały okazję obserwować jego przylot. Wanda przejęła, dzieci w ciszy poczekały aż przygotuje posiłek, jak zaczęła podawać zaczął się wrzask i zajadanie (choć dopiero co pochłonęły dwa ptaki, ich możliwości - jak widać - są ogromne). Czas upływał, maluchy już oczy przymykały, ale wciąż jakieś kąski małe od mamy przyjmowały.
O 9:27 karmienie było zakończone - Wanda wyniosła resztkę.
Minęło 5 minut a tata przyniósł następną drobnostkę (kawałek już opiórowany). Za chwilę zjawiła się Wanda i siedziała na końcu barierki przez cały czas, jak Czajnik karmił. Jeden z maluchów był chętny i jadł nawet dość żarłocznie. Po 5 minutach Czajnik karmienie zakończył i odleciał, a Wanda przeniosła się na próg.